Dwie okupacje z banderowską obręczą – Kazimierz Fuławka

DWIE OKUPACJE Z BANDEROWSKĄ OBRĘCZĄ

 

Są to moje najdalsze wspomnienia, zamykające się w okresie od wiosny 1944 r. do 15 września 1945 r.. Dotyczą dwóch okupacji: niemieckiej i sowieckiej. Okupacji, gdzie w każdej z nich, oprócz represji ze strony okupantów, występował także terror banderowski.

Urodziłem się we wsi Dobrowody, w przysiółku – Wołoszczyna, w powiecie podhajeckim, w województwie tarnopolskim. Wsi dużej w 90% zamieszkałej przez ludność polską, która w tym względzie wyróżniała się pośród okolicznych  miejscowości i drwiąco nazywana była „polskim gettem”. Mieszkałem tam z rodzicami i babcią ( matką mamy) do sierpnia 1944 r., kiedy tato został wcielony do II Armii W. P.. Po  jego odejściu pełna odpowiedzialność za naszą egzystencję i bezpieczeństwo spadła na barki mamy, wówczas 28 letniej kobiety. Był to ogromny ciężar, któremu sprostała. Musiała przejąć wszystkie obowiązki taty i nauczyć się siać, kosić, orać, młócić ( cepem ), kierować zaprzęgiem konnym, a nawet pędzić z ziemniaków samogon. Nie mogła liczyć, jak przed wojną, na pomoc parobków lub Hucułów. Oparcie miała tylko w babci Genowefie. Czasami pomogli sąsiedzi lub ktoś z rodziny ojca. Walczyła ze strachem o swoje i moje życie. Modliła się o szczęśliwy powrót męża z frontu.
Z przerażeniem obserwowała, czy do naszego domu nie zbliża się listonoszka
z tragiczną powiastką. Do chwili obecnej słysząc lub mówiąc: Pod Twą  obronę, widzę mamę pogrążoną w tej modlitwie. Do rozpaczy doprowadzała ją niemożność listownego kontaktu z ojcem . Radziła sobie z coraz to większymi kontyngentami nakładanymi przez władzę sowiecką, z których nierozliczenie skutkowało brakiem zgody na wyjazd do Polski, a nawet, jak to miało miejsce w przypadku jednej z moich ciotek,  groziło więzieniem. Heroicznie zachowała się  podczas repatriacji. Umiała przygotować zapasy na drogę, a gdy w trakcie tak długiej tułaczki zabrakło żywności oraz  paszy dla zwierząt, potrafiła je zdobyć.  Poradziła sobie ze zbudowaniem drewnianych bud na obozowisku w Dżurinie i zadaszeniu odkrytych wagonów, na które nas załadowano. Podziwiałem Cię  za to zawsze, mamo !

Z okupacji hitlerowskiej, Niemców pamiętam jako groźnie wyglądających oficerów w czarnych mundurach z trupią czaszką  na czapkach, którzy zajęli mieszkalną część  domu, a nas wszystkich wyrzucając do kuchni. Pamiętam rozkrzyczany tłum żołnierzy rozlokowanych na naszym podwórku lub w stodole, czyszczących broń lub z gołymi torsami myjących się pod studnią. Pamiętam także żołnierza częstującego mnie pierwszą w moim życiu czekoladą. Były na pewno kontyngenty i wywózki, ale ja jako dziecko sobie tego nie uzmysławiałem. Obserwowałem z zaciekawieniem obcych, mówiących w innym języku ludzi i tylko wiedziałem, że nie wolno mi wchodzić do pokojów zajętych przez esesmanów i mam uciekać na ich widok. Nie bardzo wiedziałem, czemu tak mam się zachowywać, ale do  nakazów mojej mamy się stosowałem. Ten niemiecki epizod miał miejsce na pewno w lipcu 1944 r., parę tygodni przed ofensywą sowiecką i skończył się bardzo szybko przyjściem Armii Czerwonej. Pamiętam płonący dwór Rciborskich ( kilkaset metrów od naszego domu ) i  kobiety ( mężczyźni się bali ) wynoszące zgromadzone tam wojskowe zapasy żywności i odzieży. Czynny udział w tym „rabunku” brały również moja mama z babcią, gromadząc wiele skrzynek konserw rybnych. Mieliśmy później co jeść, a same konserwy były atrakcyjną łapówką przy załatwianiu spraw  w sowieckich urzędach.

Z pobytem esesmanów w naszym domu wiążą się dwa zdarzenia o dramatycznym, a także tragikomicznym przebiegu.

W tym czasie ukrywał się u nas nasz kuzyn Józef Czajkowski, mieszkaniec innej wsi. Przed Niemcami przedstawiany był jako brat mamy. Razem z nami zajmował więc kuchnię, gdzie wszyscy spaliśmy na betach rozścielonych wprost na glinianej podłodze. Pewnego razu Józefa rozbolały zęby. Obwiązał głowę szmatą i tak przebrany położył się spać. Nie wiadomo dlaczego obok siebie postawił siekierę. Pech chciał, że do kuchni wszedł niemiecki żołnierz i zobaczywszy „rannego” w głowę z siekierą u boku, zaczął krzyczeć: ”Partizanen, partizanen”. Nadbiegli inni i pod bronią wyprowadzono nas wszystkich z domu i postawiono po ścianą budynku. Nie pomagały wyjaśnienia. Uratowali nas nadchodzący „nasi” esesmani, którzy rozpoznali w „partyzancie” jednego z domowników i rozładowali sytuację. Mógł później Józef  opowiadać, że esesmanom zawdzięcza życie. Chyba niewielu Polakom to się przydarzyło.

Drugie zdarzenie związane było z moim tatą, który gdy esesmanów nie było w domu, podkradał się i z kredensu podbierał im papierosy. Jaką wielką była radość ojca, gdy po odejściu Niemców na front zobaczył pozostawioną
w kredensie całą paczkę papierosów. Nie czekając ani chwili, wyjął jednego
i zapalił. Papieros wybuchł mu w ustach, osmalając całą twarz. Całe szczęście, że zapalił papierosa nie z tej strony, jak zaplanowali „żartownisie”, gdyż niechybnie straciłby uzębienie. Tak więc, nawet w czasie okupacji prawdziwe było stwierdzenie, że „kradzione nie tuczy”.

Z okupacją niemiecką wiążą się wywózki na przymusowe roboty do Rzeszy. Dotykały one tylko ludność polską, bo Ukraińcy mogli na takie roboty wyjechać tylko dobrowolnie i byli tam inaczej, lepiej traktowani. Typowania osób do wywózki dokonywali ukraińscy urzędnicy. Represje te dotknęły też  mojego ojca. Ukrywał się, mając w stodole wykonaną pod kilku warstwami snopów skrytkę, do której się chował, gdy w pobliżu pojawiali się ukraińscy policjanci. Kiedyś nie zdążył. Zaczął uciekać. Dla mnie małego chłopca, to co później nastąpiło było chyba najbardziej traumatycznym przeżyciem w całym życiu. Ciągle widzę uciekającego ojca zboczem góry i strzelających za nim policjantów ( kolegów ze szkolnej ławy ), wzbijające się od kul koło nóg uciekającego odpryski ziemi, mamę padająca do nóg bandytom, błagająca o litość i słyszę ich rechot.  Być może urządzili sobie zabawę i strzelali tak, aby nie trafić, ale tkwi to we mnie dotychczas. Tamta ucieczka się udała, ale za kilka dni powrócili już z obstawą niemiecką i tato został złapany. Znalazł się w obozie przejściowym w Czortkowie, skąd przy pomocy mamy się wydostał, a było to tak:

Mama postanowiła ojca w obozie odwiedzić i dostarczyć mu dodatkowe ubrania i żywność. Udała się tam furmanką  z żonami innych złapanych. Po spotkaniu tato odprowadzał mamę. Rozmawiając, przeszli przez bramę z wartownikami i w pewnym momencie stwierdzili, że są już poza obozem i nie ma za nimi żadnej pogoni. Ojciec postanowił już do obozu nie wracać. Jak się potem okazało, z takiej możliwości skorzystało jeszcze parę osób. Mama działając pragmatycznie, ale i lekkomyślnie postanowiła wrócić sama do obozu i zabrać to, co przywiozła i inne rzeczy męża. Gdy wracała i oczekiwała, że któraś z furmanek ja podwiezie, nadjechał niemiecki żołnierz na motocyklu z przyczepą. Zatrzymał się i wypytywał dokąd mama chce się dostać. Wykrztusiła, że do Monasterzysk. Kazał jej zająć miejsce w koszu i pojechali. Wkrótce dogonili wóz z uciekinierami. Ci, widząc mamę na niemieckim motocyklu, sądzili że została złapana i Niemcy dowiedzieli się o ucieczce. Całe szczęście, że ze strachu nie zaczęli uciekać. Motocyklista zajechał przed furmankę i stanowczo zażądał aby zabrać tę kobietę do Monasterzysk.

Dobrowody, poza kontyngentami i wywózkami na przymusowe roboty, nie zaznały ze strony  Niemców poważnych represji, w przeciwieństwie do sąsiedniej Kowalówki ( naszej parafii ), gdzie z ukraińskiego donosu hitlerowcy aresztowali 17 mężczyzn z akowskiego podziemia, w tym dwóch księży: proboszcza Piotra Bieńkę ( zmarł później w więzieniu ) i wikarego – Leona Peruckiego ( później rozstrzelanego ). Jednakże pod okiem Niemców, a na pewno za ich przyzwoleniem takich zbrodni w naszej wsi dokonali Ukraińcy. W Wielki Piątek  7 IV 1944 r. do wsi wkroczył oddział Ukraińskiej Dywizji SS-Galizien i spalił około 200 zagród, mordując 22 osoby. Pośród zabitych był jeden Ukrainiec Kizinkiewicz, próbujący ratować swoją polską żonę – Kazimierę. Nasza część wsi, leżąca w pewnym oddaleniu od głównego traktu, szczęśliwie ocalała. Tę zbrodnię, którą potwierdzają w pełni źródła historyczne [1], znam z opowiadań rodziców. Sam tego faktu nie zapamiętałem, bo byłem za mały aby oglądać ruiny
i pomordowanych. Tego widoku mi oszczędzono.

Moje dziecięce przeżycia związane z terrorem banderowskim miały miejsce zarówno w czasie jednej, jak i drugiej okupacji. Przejawiały się
w udzielającym się mi strachu mamy, w przerażających widokach łun płonących za horyzontem wsi, w chowaniu się w rosnących rzędach kukurydzy lub ucieczce na rękach mamy do sąsiedniej Kowalówki, gdzie schronienia udzielała nam polsko – ukraińska rodzina Kuźmińskich. Specyficzną kryjówką był wykopany przez ojca loch pod podłogą jednego z pokoi. Wystarczyło podnieść jedną z desek w podłodze i wskakiwało się do lochu, gdzie wyścielone było legowisko z pierzyn. Mnie mama po prostu tam  wrzucała, gdy tylko zauważyła podejrzany ruch w nocy na podwórzu. Nie wolno było mi wtedy płakać  i odzywać się. Kryjówka ta chroniła tylko w niewielkim stopniu, gdyż pomijając, że mogła być odkryta, nie stanowiła żadnego schronienia w przypadku pożaru domu.

Z lochem tym wiąże się jedno zdarzenie. Była późna jesień 1944 r. ojciec walczył gdzieś na froncie, a ja z mamą i babcią żyliśmy w ciągłym strachu przed banderowcami. Spaliśmy w ubraniach. Pewnej nocy słyszymy stukanie w okno. W poświacie księżyca widać głowy w czapkach z czerwoną gwiazdą. PRZEBRANI BANDEROWCY!!! Mama bierze mnie na ręce, podnosi maskującą loch deskę w podłodze i wrzuca mnie tam na rozścielone pierzyny. Babcia odmawia wejścia, tłumacząc, że się udusi, że jest już stara, więc co ma być, to będzie. W lochu mama się bezgłośnie modli, a ja nauczony, nawet nie pisnę. Po jakimś czasie słyszymy głos babci – „Mania, Mania! Wychodź, to byli Moskale”. Przyszli po nasze konie i kazali babci się do nich zaprowadzić. Gdy weszli do stajni, jeden czerwonoarmistów podszedł do konia z tyłu, a ten wierzgnął kopytami, uderzając w brzuch intruza. Obydwa konie oszalały. Wijącego się z bólu Sowieta kamraci wynieśli ze stajni. Babcia  tłumaczyła, że są to konie z wojny i tak reagują na zapach prochu czy widok mundurów i uzbrojenia. O dziwo, uwierzyli i odeszli. Konie rzeczywiście były z wojny. Zostawili nam je Niemcy, zabierając nasze, kiedy w 1944 r. się wycofywali. Miały alergię związaną z wszystkimi wojskowymi atrybutami. Gdy później zimą mama saniami wybrała się do Monasterzysk, przejeżdżała obok powieszonego i kołyszącego się w długim wojskowym szynelu banderowca. Na ten widok konie zwariowały, wywróciły sanie i galopem uciekły do domu. Mama wróciła (7 km) pieszo.

Dobrowody nie zostały nigdy bezpośrednio zaatakowane przez oddziały U.P.A. Spowodowane to było brakiem przylegających bezpośrednio do wsi kompleksów leśnych oraz, jak twierdziła mama, wstawiennictwem miejscowych Ukraińców, spłacających w ten sposób swoisty dług wdzięczności.  W latach 30-tych, po zabójstwie ministra Pierackiego, prowadzona była szeroka akcja pacyfikująca ludność ukraińską. Gdy pluton egzekucyjny zebrał pod kościołem mężczyzn, gdzie mieli otrzymać karę chłosty, interweniowała kierowniczka szkoły- pani Spiałkowa, ręcząc za ich propaństwową postawę. Od pacyfikacji odstąpiono. Ukraińcy mieli za to chronić później Dobrowody przed napaścią banderowców. Któryś z Ukraińców miał powiedzieć mojej mamie wiosną
1945 r.:” Już dłużej was chronić nie możemy, musicie wyjeżdżać”. Ładna historia, ale czy prawdziwa?

Pomimo braku bezpośredniej napaści, banderowcy stosowali metodę wyłuskiwania poszczególnych osób, których uważali za antyukraińskich oraz przedstawicieli młodej polskiej inteligencji. Mój krajan Stanisław Wołkowski opisuje zdarzenie będące udziałem jego ojca – Jana Wołkowskiego. Został on nocą wywleczony z domu za to, że źle się wyrażał o Ukraińcach. Uratowała go żona Paulina pochodząca z polsko – ukraińskiej rodziny Kołodnickich. Pobiegła po pomoc do swoich braci Ukraińców, a ci zdążyli jeszcze przed egzekucją znaleźć szwagra i przekonać porywaczy, aby puszczono go wolno. Jak podają cytowane wcześniej źródła historyczne, w ramach pojedynczych mordów zginęło w Dobrowodach 20 osób. Razem więc z opisaną już zbrodnią wielkopiątkową w mojej wsi z rąk ukraińskich zginęły 42 osoby. Wielu z pomordowanych nosiło moje nazwisko.

Wkroczenia wojsk sowieckich nie pamiętam. Słyszałem opowieści o ofiarach   wśród ludności cywilnej, szczegółów jednak nie znałem. Dopiero czytając wspomnienia przywołanego już Stasia Wołkowskiego, dowiedziałem się, że gdy linia frontu przebiegała przez Dobrowody kilkadziesiąt osób, w tym rodzina Wołkowskich,  schroniło się   w piwnicy jedynego w tej okolicy domu posiadającego takie schronienie. Nadjeżdżający czołgiem Sowieci sądząc, że w tym domu mogą być Niemcy, zaczęli go ostrzeliwać, powodując  śmierć kilkunastu osób. Gdy strzelanina ucichła, żyjący jeszcze ludzie zaczęli wychodzić z piwnicy z  czołgu   ponownie padły strzały. Zginęła młoda dziewczyna.

Poza tym z okupacją sowiecką kojarzą mi się strzępki słyszanych  rozmów mamy i babci o nakładanych kontyngentach ( coraz większych )  i sposobach rozwiązywania tego problemu poprzez łapówki ( w naszym przypadku w postaci konserw i bimbru ). Jedyne, co wiąże z tym okresem to pobór ojca do II Armii W.P. i jego pożegnanie ze mną. Po raz pierwszy zobaczyłem go płaczącego
i wydało mi się to tak zdumiewające, że sam nie zapłakałem, chociaż normalnie mogłem to robić na zawołanie.    Nie rozumiałem, że tato może zginąć i już mogę go nigdy nie zobaczyć. Z zaciekawieniem patrzyłem jak poborowych uformowano w kolumnę, która po pewnym czasie odmaszerowała. Ojca zobaczyłem dopiero po półtora roku.

Jak już wcześniej nadmieniałem, terror banderowski wobec ludności polskiej w czasie każdej okupacji był obecny, z tym że podczas okupacji sowieckiej nasilił się i to zdecydowanie. Stosunek okupantów do banderowców był zdecydowanie różny. Hitlerowcy tolerowali ich zbrodnie, czasem w nich uczestniczyli. Perfidnie też wyposażali w broń Polaków, w myśl zasady: niech się zajmą sami sobą, a my będziemy mieć spokój. Sowieci natomiast sami przez U.P.A atakowani, byli dla nich bezwzględni. Wystarczyło podejrzenie lub donos o udział lub wspieranie tej organizacji,  aby bez sądu podejrzanych rozstrzeliwano lub, jak opisałem w historii o „alergicznych koniach”- ku przestrodze wieszano i wystawiano na widok publiczny. Uzbrajano też ludność polską, tworząc paramilitarne organizacje samoobrony, tzw.” Istrebitelnyje bataliony” złożone
z mężczyzn już lub jeszcze nie podlegających służbie wojskowej. Ich członków potocznie nazywano „strypkami”.

Wiosną 1945 r. zaczęły dochodzić do nas coraz bardziej przerażające wieści, a płonące wsie były coraz bliżej. Mama, nie mając oparcia w walczącym na froncie mężu, nie wytrzymała nerwowo i wyjechaliśmy we dwoje do rodziny babci Genowefy, do Monasterzysk. Babcia z  nami nie pojechała, bo zostało bydło, konie i drobny inwentarz i ktoś musiał się tym zająć. Bohaterska kobieta.

W Monasterzyskach mieszkaliśmy dwa tygodnie i był to najwspanialszy okres w moim ówczesnym życiu. Zobaczyłem światło elektryczne, nikt nie bał się banderowców, dostałem w prezencie dużą gumową piłkę, którą przebiłem na gwoździu, aby sprawdzić co jest w środku. Bawiłem się ze starszym ode mnie  kuzynem Czarkiem i     poznawałem nowe potrawy. Najbardziej rozsmakowałem się w cieście z rabarbarem, tak, że po powrocie do domu nazbierałem liści łopianu i zażądałem upieczenia placka. Z rodziną tą – Lewiccy i Ściasny urwał się kontakt po naszym wyjeździe z Dobrowód. Czynione po wojnie próby odnalezienia się, także poprzez Czerwony Krzyż, okazały się bezskutecznie.

Po powrocie z Monasterzysk mama, przytłoczona sytuacją, spotęgowaną jeszcze przesiedleniem  z Podbeskidzia  do naszej wsi Łemków, których osiedlono też w naszym gospodarstwie, zdecydowała się na wyjazd repatryjacyjny.    Wyjechaliśmy 15 września 1945 r., nie zdając sobie sprawy, że spotka nas trwająca 57 dni „gehenna”.

Zakończyć chciałbym dwiema dygresjami. Pierwsza związana jest  z tym Niemcem, który poczęstował mnie prawdziwą czekoladą. Był Alzatczykiem. Niedługo po tym poczęstunku, zdezerterował i przy pomocy wspomnianego Józefa Czajkowskiego przedostał się  do akowskiej partyzantki. Czy przeżył wojnę? Bardzo bym chciał, aby tak się stało. Tą czekoladą na pewno sobie na to zasłużył.

Druga, dla wielu czytających będzie zaskoczeniem. Już w
1944 r. wiedziałem o zbrodni katyńskiej. Przed oczami mam jeszcze teraz leżącą na kuchennym stole broszurę ze zdjęciami wykopanych ciał, z długą listą nazwisk i mamę tłumaczącą mi, co w niej opisano. Dziwię się ludziom starszym ode mnie, którzy jak twierdzą, o tej zbrodni dowiedzieli się dopiero po 1989 r. Broszury te Niemcy zrzucali z samolotów i były w powszechnym posiadaniu. Szkoda, że nasza  się nie zachowała. Gdy wkroczyli Sowieci, babcia spaliła ją w  piecu i chyba dobrze zrobiła, bo być może z Dobrowód wyjechalibyśmy w całkiem odwrotnym kierunku.

Kazimierz Fuławka

[1] Henryk Komański, Szczepan Siekierka – Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach w woj. Tarnopolskim 1939 – 1946, str. 257 i 766.

prawa autorskie ; Kazimierz Fuławka

zdjęcie ;https://rarehistoricalphotos.com/soviet-german-brest-1939/

Facebook Comments
Podziel się

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.