Kazimierz Fuławka „Święta, święta i po świętach”

Tak właśnie, to powszechne w życiu powiedzenie można odnieść i do moich wspomnień o świętach państwowych lub przez państwo propagowanych, jakich byłem świadkiem lub uczestnikiem. Były i przeminęły, bądź zmieniły swój charakter, czasami nieśmiało wracają.

Działo się to w okresie lat 50, 60 i 70- tych XX w. w dwóch miejscowościach: Lwówku Śląskim i Złotoryi, tam, gdzie wówczas koncentrowało się moje życie rodzinne i zawodowe. Świąt tych było niewiele, zaledwie trzy: „Święto Pracy 1 Maja”, „Święto Odrodzenia Polski” – 22 lipca oraz „Międzynarodowy Dzień Kobiet” – 8 marca.
W mojej pamięci zapisały się różnie, w zasadzie pozytywnie, jednak nie z tytułu ich politycznego czy ideologicznego przesłania, ale z „uciech” i atrakcji towarzyszących ich obchodzeniu. Spróbuję niektóre z nich przedstawić.

W najdalszych moich wspomnieniach, sięgających lat 40 i 50-tych XX w., tj. moich lat szkolnych, święto „1-Maja” to wyłaniające się barwne obrazy pochodów. Były w nich: karykatury: Tity, dzierżącego w ręku okrwawiony topór i liżącego buty Wuja Sama, Czang Kaj- Szeka, Li Syn Mana ( ówczesnego koreańskiego dyktatora ) czy gen. Franco. Prezentowano atrapy towarów i wyrobów produkowanych w miejscowych zakładach pracy i niesiono transparenty z hasłami popierającymi walkę o pokój i socjalizm
na całym świecie lub z zobowiązaniami produkcyjnymi. Nad pochodami górowały portrety dostojników państwowych, także zagranicznych, z Józefem Stalinem na czele. Całość dopełniał las szturmówek.   Mój  zapamiętany, pierwszy bezpośredni udział  w pochodzie, to niesienie w 1952 r. (miałem wówczas 12 lat ) z innymi harcerzami ogromnego modelu szybowca, wykonanego w lwóweckim Domu Harcerza. Przed trybuną honorową prezentowaliśmy ów szybowiec na wyciągniętych do bólu w górę rękach. Byłem wówczas tym ogromnie przejęty i dumny z wyróżnienia.

Wbrew temu, co niektórzy obecnie twierdzą, udział w pochodach był powszechny. Nigdy nie słyszałem o jakimś bojkocie czy incydentach. Pracujący w uspołecznionych zakładach pracy zgodnie maszerowali. Był tylko jeden powszechny problem – nikt nie chciał nieść czerwonych szturmówek. Powszechność udziału brała się niewątpliwie z czystego oportunizmu, ale też z wytworzonego wieloletniego rytuału, polegającego na tym, że dzień ten traktowaliśmy, jako swoisty dzień pracy. Trzeba było stawić się na pochód, przejść w nim ulicami miasta i po paru godzinach był „fajrant”, a wówczas zapełniały się miejscowe lokale gastronomiczne, później następowało wzajemne odwiedzanie się w domach, a wieczorem uczestniczenie w zabawach tanecznych.

Z pochodem pierwszomajowym w Złotoryi wiążą się perypetie mojego przyjaciela Stefana Sz. Zawsze dbał On o swoje zdrowie. Ciągle się martwił, że się przeziębi, więc cały rok nosił kalesony. W tamtym czasie były to płócienne, białe rajtuzy ( pantalony )
z zawiązanymi około kostek  wstążeczkami  ( troczkami). W czasie pierwszomajowej defilady Stefan ze szturmówką na ramieniu zajął miejsce w czołówce kolumny pracowników administracji państwowej. Gdy kolumna, idąc ulicą Basztową, zbliżała się do placu Wolności, gdzie ustawiona była trybuna honorowa i słychać było już orkiestrę grającą marsza, wyrównano krok i miarowo, jak na defiladzie, zaczęto maszerować. Mój przyjaciel w tym momencie z przerażeniem zauważył, że rozwiązały się mu troczki i to na obydwu nogach i bezwstydnie na całej swej długości wystają z nogawek spodni, opadając aż na ziemię. Nie wie, co robić. Wyjść z kolumny? Jeszcze pomyślą, że zlekceważył pochód. Zawiązać troczki? Niemożliwe ze szturmówką na ramieniu i napierającym z tyłu tłumem. Postanowił iść, niech się dzieje, co chce. Wyrównał krok i z „przytupem„ maszerował, a z każdym podniesieniem nóg w powietrzu fruwały białe troczki. Szedł z boku kolumny, od strony trybuny honorowej
i słysząc z niej brawa, odnosił je wprost do siebie – jako uznanie dla swojego wielkiego „heroizmu” w czczeniu pierwszomajowego święta.

Ja też  ( niestety) byłem również „bohaterem” obchodów pierwszomajowych,
a w szczególności ich rozrywkowej części. Miało to miejsce na początku lat 60-tych ub. wieku w Lwówku Sl. Po pochodzie, całą kawalerską grupa udaliśmy się do „Rycerskiej” uczestnicząc tam w grupowym spożywaniu  wiadomo czego, od czasu do czasu tańcząc przy grającej szafie. Po upływie paru godzin, postanowiliśmy jeszcze odwiedzić zabawę taneczną w P.D.K. Tam, też sobie nie żałowaliśmy. W pewnej chwili, poczułem, że mam dość i muszę iść do domu. Wstałem. Zrobiłem kilkanaście kroków i z przerażeniem stwierdziłem, że sala nie ma drzwi. Na około same ściany. Jak opowiadają, oparłem się o filar i zacząłem płakać. Tańcząca Pani Gienia Śnieżek, która znała mnie z kontaktów służbowych, podeszła do mnie i spytała:

– Czemu pan płacze?

– Bo jestem nieszczęśliwy.

– Czemu to?

– Pani byłaby też nieszczęśliwa, gdyby chciała wyjść, a nie byłoby drzwi.

Przyszli koledzy i taksówka odwieźli mnie do domu. Później, aby mi dokuczyć, zawsze któryś  z nich oznajmiał :” A ty to płakałeś bo nie wiedziałeś gdzie są drzwi”. W mej pamięci, natomiast i bez tej złośliwości, wspomnienie „1-go Maja” zawsze przywołuje ten niechlubny epizod, który przytaczam i po to, aby wykazać, że w tamtych czasach niestety jedną
z głównych świątecznych rozrywek była też i taka „konsumpcja”. Ale, czy teraz jest tak bardzo inaczej?.

Już nie ma pochodów, ale pozostał dzień wolny od pracy. Coraz mniej ludzi wie, komu zawdzięcza, że „1 – Maja” nie podzielił losu święta „22 Lipca” na fali likwidowania wszystkiego, co nowej władzy kojarzyło się z socjalizmem, nawet jak w Złotoryi nazwy ulicy poświęconej tak pięknej postaci, jaką był Stefan Okrzeja. Były takie zakusy, ale skutecznie przeciwstawił się temu ówczesny Prezydent RP Lech Wałęsa i dzięki niemu mamy corocznie długi majowy weekend. Chwała Mu za to!

Zamykając opowieści o Święcie Pracy, trzeba też wspomnieć o błyskawicznym zdejmowaniu przez służby miejskie w dniu 2 maja białoczerwonego oflagowania ulic. Nie daj Boże, barwy narodowe uświetniłyby nieuznawane wówczas święto „3 Maja”. Aby było śmieszniej, flagi te ponownie rozwieszano przed 9 maja (Dniem Zwycięstwa). Przypomnieć można również, że w dniu 1 maja, w pierwszych kilkunastu latach jego organizacji (później był to 9 maja) rozpoczynał się kolarski, międzynarodowy Wyścig Pokoju, ówczesne kibicowskie ogólnonarodowe szaleństwo. Nie było telewizji, ale prawie w każdym domu były „kołchoźniki”, więc cały bez mała naród w wieku szkolnym i produkcyjnym na bieżąco śledził przebieg Wyścigu i jego klasyfikacje: indywidualną i bardzo prestiżową – drużynową (niebieskie koszulki). Nazwiska polskich kolarzy (filigranowego Elka Grabowskiego, sprintera Hanusika, Chwiendacza, „wielkiego” Stanisława Królaka i innych) były na ustach wszystkich. Dla mieszkańców Lwówka Śl. a także i Złotoryi dodatkową atrakcją był etap Gorlitz – Wrocław (lub Wrocław – Gorlitz), który corocznie przebiegał przez te miasta. Na uczestniczących w zawodach Hindusów, jadących w tradycyjnych turbanach, czekaliśmy cierpliwie parę godzin po przejechaniu peletonu.

Święto „22 Lipca” w mojej pamięci kojarzy się z ludowymi zabawami i pewnym afiszem. Oblepione były nim w 1957 roku miejskie ulice. Plakat przedstawiał rozczochraną dziewczynkę w podartych rajtuzach i pobrudzonej sukience ( taką Pippi Langstrumpf )
z podpisem – ” Ma 13 lat – co z niej wyrośnie?” Był to czas świeżo po „ październikowym przełomie” i to pytanie zadawało sobie wówczas wielu Polaków.  A co „wyrosło”? Każdy
z nas może sobie odpowiedzieć.

Dla nas nastolatków, a później kawalerskiej braci wielką atrakcją były świąteczne zabawy ludowe. Organizowały je władze miejskie. Na zbudowanych drewnianych podestach ( w Lwówku Śląskim umiejscowione były: w parku miejskim, na basenie kąpielowym i na Wzgórzu Kombatantów zwanym „ Buholcem”), grały orkiestry, tańczyli ludzie, a wokół szalały hormony. W uruchomionych specjalnie na ten czas bufetach, dostępna była deficytowa kiełbasa parówkowa (Boże, jak ona smakowała, jedzona na zimno z chrupiącą bułką), „bijąca w nos” oranżada w zamykanych dźwigienką z gumowym korkiem butelkach, a także piwo oraz wino „patykiem pisane”. Ludzie byli zadowoleni, a nawet szczęśliwi i nikt nie zaprzątał sobie głowy pochodzeniem i przesłaniem tego święta.

W wigilię obchodów, organizowano okolicznościowe akademie. Po części oficjalnej następowała część artystyczna z występami różnych zespołów lub premierowym seansem filmowym, np. na początku lat 70-tych w Złotoryi, po jednej z akademii odbyła się projekcja „Ojca Chrzestnego” i było to tydzień po jego warszawskiej premierze. Po oficjalnych
i artystycznych uroczystościach kontynuowaliśmy obchody na zabawach tanecznych. Opierając się na znanym mi przykładzie złotoryjskim, przytoczyć chciałbym pewne anegdotyczne zdarzenie z taką zabawą związane. Było to tak:

Stałym zwyczajem w obchodach” 22 – Lipca” w złotoryjskim PDK, było uczestnictwo w nich oficerów sowieckich z garnizonu PGWAR z Krzywej (polskie władze rewizytowały ich w rocznicę Rewolucji Październikowej).  Kiedy zabawa miała się ku końcowi, rozochoceni sowieccy oficerowie zaczęli proponować części bawiących się kontynuowanie zabawy u nich, oferując dowiezienie autokarem, którym wcześniej przyjechali. Nie było chętnych, więc  zorganizowali  łapankę. Porywali tańczących, doprowadzali do autokaru  i szli po następnych. Gdy wracali z nowymi „ofiarami”, nie zastawali już wcześniej schwytanych – i tak po kilka razy. W końcu porwali żonę Stasia K. – szanowanego w Złotoryi prawnika, znanego także z „niekonwencjonalnych” zachowań rozrywkowych, wepchali Ją do autokaru, zaryglowali drzwi i odjechali. Kiedy mąż porwanej się o tym dowiedział, ukląkł na środku sali i wznosząc ręce ku górze, zawołał: „Dziękuję Ci Boże!”  Wykombinował sobie, że zanim żona wróci z Krzywej (ponad 40 km w jedną stronę) upłynie kilka godzin, więc ruszył w dalsza balangę. Nie przewidział, (a mógł i powinien), że „branka” nie z takimi przeciwnościami dawała radę. Pani K. była bowiem postawną kobietą o tubalnym głosie i, jak powiadano, niepodzielnie rządziła w domu, także przy pomocy fizycznych argumentów. Dziwić się więc nie należy, że wystraszeni porywacze, zamiast do Krzywej, zawieźli Ją prosto do jej domu. Nie był to jednak koniec dramatu. Pani mecenasowa nie miała kluczy, więc na schodach, w balowej sukni czekała na męża. Ten przyszedł, po oszacowanym przez siebie – niekrótkim czasie. Oj! Co się potem działo! Cała Złotoryja o tym mówiła.

Na koniec, wspomnieć jeszcze chciałbym o święcie nieoznaczonym w kalendarzu czerwonym kolorem. Był nim Międzynarodowy Dzień Kobiet – 8 marca. Obchodzony był powszechnie i między bajki włożyć należy popularne teraz twierdzenia, że w odczuciach kobiet odbierany był jako dyskryminujący i seksistowski. Obie płcie były bowiem tym świętem jednakowo zainteresowane. Panie przygotowywały poczęstunek, panowie „kropelki”, a zakład pracy kupował przysłowiowe rajstopy i goździk. Ja, będąc od roku 1967 samodzielnym kierownikiem, z własnej kieszeni dodatkowo fundowałem po pudełku czekoladek, co zważywszy na dużą liczbę zatrudnionych pań, było z mojej strony  liczącym się wysiłkiem finansowym. Po zakończeniu pracy, a czasem za przyzwoleniem   szefów wcześniej, odbywało się „spotkanie”. Po jego zakończeniu, podochoceni uczestnicy
( niektórzy) zamiast udać się do swoich domów, odwiedzali jeszcze miejscowe zakłady gastronomiczne.  Znaczne ograniczenia w „świętowaniu” wprowadził Wojciech Jaruzelski, ustanawiając w zakładach pracy, zagrożoną karą dyscyplinarną alkoholową prohibicję. Potem, pod hasłem likwidacji śladów socjalizmu i komunizmu w życiu publicznym, popisując się przy tym całkowitą historyczną ignorancją, to święto zlikwidowano. Po wielu latach nieśmiało wraca. Zachętę do tego dała śp. Maria Kaczyńska, ale wciąż to nie to, co było.
W moim domu święto to trwa nieprzerwanie. Żona, córki i wnuczka nie chcą nawet słyszeć, że już go nie ma i oczekują ode mnie stosownych zachowań.  A, niech tam!

I już naprawdę kończąc , parę zdań o święcie branżowym, jakim była Barbórka. Złotoryja jeszcze na początku lat 70-tych ub. wieku była miastem górniczym. Działały tutaj dwie kopalnie rud miedzi ( „Lena” i „Nowy Kościół”), Złotoryjskie Kopalnie Surowców Skalnych oraz Kamieniołom w Powiatowym Zarządzie Dróg Lokalnych. Uroczystości barbórkowe (a w nich: Karczmy Piwne, Babskie Combry i zabawy taneczne)  były więc mocno rozciągnięte w czasie. Zaczynały się w piątek, a kończyły w niedzielę. W przypadku ostatniego z zakładów, z uwagi na niemożność jego konkurowania z gigantami (do dyspozycji były tylko sale PDK) uroczystości te odbywały się z tygodniowym poślizgiem. Chociaż nie pracując w branży górniczej, mając jednak w każdym z tych zakładów, zatrudnionych tam przyjaciół, na ich zaproszenia uczestniczyliśmy z żoną w każdej z uroczystości. Opierając się na naszych obecnych możliwościach, zastanawiam się – jak wytrzymywaliśmy te imprezowe maratony?

Tyle, o świętach państwowych mojej młodości. Wyłaniający się z przytoczonych wspomnień pogodny i anegdotyczny ich opis, powodowany jest czasem, w którym przyszło nam wówczas żyć, gdzie w socjalistycznej szarości mogliśmy mieć też skromne, niewyszukane rozrywki i radości, to nic, że polewane „sosem” stosownej propagandy, którą i tak nikt się nie przejmował.

 

[1] Praca wyróżniona w konkursie literackim n/t „Jak obchodziliśmy święta państwowe”.

Kazimierz Fuławka

zdjęcie : Pochód 1 majowy – prywatne archiwum Pana Stanisława Błaszczyka

 

 

Facebook Comments
Podziel się

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.