,, Koreańskie dzieci w Płakowicach”. Część III – Wspomnienia pielęgniarki Pani Ali

Do 1945 roku Korea był pod silnym wpływem Japonii, okupującej niejako jej terytorium. Po zakończeniu II Wojny Światowej kraj ten podzielono na dwa niezależne państwa: Koreę Północną (komunistyczną) i Koreę Południową ( kapitalistyczną proamerykańską). Odrębne wizje ideowe dotyczące zjednoczenia i przywództwa spowodowały w 1950 roku umowę dotyczącą podziału terytorialnego oraz zarządzania obszarami. W sposób bardzo wymowny obraz tego konfliktu ukazuje reżyser Kan Je -Kiu, w swoim filmie pt.: ,,Braterstwo Broni „. Ukazano tam ówczesne relacje i powody konfliktu koreańskiego. Rząd naszego kraju pod naciskiem wszechwładnej komunistycznej partii, chcąc pomóc Korei postanawia za namową towarzyszy z Moskwy ulokować pewną część przybyłych sierot wojennych na terenie naszego kraju. Wdrożono wtedy poszukiwania odpowiednich miejsc z odpowiednio przygotowaną kubaturą i otoczeniem. Poszukiwania dogodnej lokalizacji umieszczenia uchodźców pozwoliły na wytypowanie kilku wybranych miejsc w Polsce. Jedno ze źródeł wskazało Płakowice z obszernym poniemieckim zapleczem urbanistycznym ciekawie wkomponowanym w park pomiędzy dwoma wzniesieniami i dogodnym połączeniem komunikacyjnym. Nie bez znaczenia był ówczesny poziom elektryfikacyjny dawnej zabudowy szpitalnej oraz możliwość szybkiego dostosowania już istniejących budynków do potrzeb przedsięwzięcia. Po wojnie część budynków stanowiła tzw.: ,,Punkt Zborny” byłych mieszkańców niemieckich opuszczających cyklicznie tereny Śląska w wyznaczonych terminach organizacyjnych. Inne budynki wykorzystywane były, jako siedziba SPP (Szkoła Przysposobienia Przemysłowego) oraz SP (Służba Polsce). W budynkach tych przebywała też młodzież Grecko – Macedońska wraz z opiekunami, spośród których osiedlił się tu niejaki pamiętny kucharz Jorgos. Po Grekach do Płakowic sprowadzono Koreańczyków, których pobyt odbił głębokie piętno na skierowanych tu ludziach. Ludziach, którzy przełamywali bariery……

FRAGMENTARYCZNE WSPOMNIENIA PIELĘGNIARKI

POW-2,  Pani ALI GURGUL

 

Jedną z osób, która opowiadała mi o pobycie dzieci i młodzieży Koreańskiej w dawnych Płakowicach była p. Ala Gurgul. Nieżyjąca już pielęgniarka pracująca w POW2, opiekująca się Koreańczykami oraz polskimi dziećmi, które przybyły do Płakowic po wyjeździe obcokrajowców. Była świadkiem okresu, który mocno zapisał się w historii placówki i wsi Płakowice stanowiącej obecnie część Lwówka Śląskiego (potocznie nazywane -Lwówek Zabobrze) Świadkiem, dzięki któremu od strony medycznej nic nie stanowi tajemnicy. Pani Ala do Płakowic przybyła niemal, jako jedna z pierwszych pracowników skierowanych do POW2. Przybyła wraz z dwoma koleżankami. Mocno zakorzeniła się w ośrodkowej społeczności spędzając tu całe swoje dalsze życie. Chyba wszyscy pamiętają starszą elegancką panią przesiadującą przed dawnym budynkiem biurowym ZPOW, przy małym suto zastawionym stoliczku z krzyżówkami i szachami p. Henia. To właśnie tam zasiadali przypadkowi przechodnie i okoliczni mieszkańcy wracający ze sklepu, angażując się w prowadzone różnorakie debaty i konsumując serwowane Heniowe trunki. Niejednokrotnie wspominano też ciekawy okres koreański i trud pracy wychowawczo- opiekuńczej.  Wspominano anegdotki z przeszłości i  ,,przeróżne tajemnice poliszynela”. Po przybyciu do ośrodka zawiązywały się przyjaźnie i związki. Były też żale i rozstania (cokolwiek to miało znaczyć dla mojej rozmówczyni). Rozpoczynając pracę zapoznano p. Alę tak jak i innych pracowników z koniecznością zachowania tajemnicy służbowej, co potwierdzano podpisem na specjalnym dokumencie. Podobno gdyby ktoś poza zakładem rozpowiadał o tym jak ma wyglądać praca, jakie są wymagania, dokumenty lub komentował to publicznie poniósłby duże konsekwencje.

Ośrodek w Płakowicach był w pewien sposób dozorowany i zamykany na noc, ale nie było tu jakichś szczególnych restrykcji, oprócz kontroli kierownictwa czy zapowiadanych delegacji. Była to placówka o specjalnym przeznaczeniu, co potwierdzają wizyty władz z Warszawy i próby inwigilacji ze strony UB. Aby dostać się na teren ośrodka potrzebna była przepustka, która nie obowiązywała pracowników oraz ich rodzin. Przy wjeździe do ośrodka funkcjonowała portiernia i waga przemysłowa gdzie ważono dostarczane towary ( obecnie sklep). Poza zakładem ( POW-2 Płakowice- przypis autora) wszystkiego było brak, natomiast wewnątrz placówki nie mogliśmy wykorzystać wszystkiego, tak dużo tego dostarczano. Sprawa doboru pracowników w Płakowicach była też jasna, bo nie brano byle, kogo. Sprawdzano nas przed zatrudnieniem”, wspomina Pani. Ala.

Pani ta pracowała w tzw. ,,szpitaliku” (obecnie internat MOS), gdzie oprócz niej pracowało jeszcze dwóch lekarzy (dr.Rutkowski i dr.Kosakowski), którym przewodził trzeci lekarz, dr. Kominek. Pracowali tam też doktorzy: Pietrzykowski oraz Piech. Ponad to oprócz pani Ali były tam też dwie pielęgniarki. Przychodziły też wychowawczynie o ile pozwalały na to warunki izolacji dzieci z uwagi na występujące choroby. Dzieci cierpiały na przeróżne choroby skóry, malarię, grzybice, jaglicę i robaczyce. Szczególnie ta ostatnia stanowiła dość spory problem wraz z wszawicą . ,,Gdy pojawiały się choroby lub schorzenia, z którymi nie mogliśmy sobie poradzić na miejscu, to wysyłaliśmy je do specjalnych szpitali i ośrodków leczniczych. W Otwocku leczono choroby płuc, a we Wrocławiu grzybice i inne choroby skóry”. (…) ,, Na początku dzieci nie mogliśmy przyzwyczaić do naszego jedzenia. Trudno było przyzwyczaić je do naszych potraw, nie lubiły mleka i zupy mlecznej. Niechętnie jadły kluski, pierogi i placki ziemniaczane…Ale to tylko wtedy na początku. Wtedy też wprowadzono innowacyjną niebezpieczną dla dzieci metodę leczniczą. Dotyczyła ona mianowicie masowo występującej plagi robaczycy przewodu pokarmowego. Tak znacznej, że niektóre dzieci donosiły o jasnej strukturze odchodów, którą stanowiły wijące się robaki (nicienie, pasożyt) „. Do tego dochodziły jeszcze różne dolegliwości: ból żołądka, złe samopoczucie, zmęczenie itp., Ponieważ nie dysponowano specjalnymi lekami służącymi do zwalczania robaczycy, postanowiono dzieci leczyć ogólnodostępnymi środkami, czyli: benzyną i naftą. Oczywiście były to niewielkie ilości odpowiednio rozcieńczone z wodą by załagodzić skutki uboczne. Odpowiednia dieta bez cukrowa i ,,innowacyjna benzyno terapia” pozwoliły na opanowanie sytuacji w jej początkowym stadium, zanim dotarły specjalistyczne leki typu Pyrantelum.

Skąd ten dziwny pomysł? Jeden ze starszych lekarzy słyszał o tym sposobie od żołnierzy, na których to w warunkach frontowych praktykowano już tego typu środki zaradcze.

,,Był też duży problem z wszawicą, przez co należało dzieciom golić głowy aż do skóry i nosiły one wtedy takie specjalne czepki, pod którymi co rano nakładano maść. Był też problem z różnicami w dojrzewaniu. Koreańskie dziewczęta szybciej dojrzewały, co było powodem kilku nieco dziwnych incydentów. Tak w ogóle to te dzieci różniły się od naszych. Były one bardzo zdyscyplinowane. Uczestniczyły w zajęciach nawet z gorączką.  Nie chcąc się przyznać do choroby, tylko po to by móc wraz z innymi uczestniczyć w zajęciach i nie mieć zaległości. Teraz ta młodzież, co wy macie to, co innego. Tamtych do niczego nie trzeba było namawiać czy zmuszać. Wiesz oni sami chcieli, garneli się do roboty” -wspominała Pani Ala

Takich jak p. Ala było wielu. Po wyjeździe Koreańczyków w 1959 r. Większość pracowników wyjechała ,,za chlebem” . Pozostali jednak ci nieliczni, którzy to pozakładali tu swoje rodziny , ,zapuścili korzenie „, poświecili się dalszej pracy opiekuńczo-wychowawczej w różnorakim charakterze ( kierownictwo, pralnia, szwalnia, kotłownia , kuchnia, magazyny itp. ) Pozostali w okolicy ci, dla których to szczególne miejsce . I tym właśnie ludziom dedykujemy ten cykl zdawkowych wspomnień, zapisów, jakimi to postanowiłem się z Państwem podzielić.

 

Przemysław Popławski

Spotkanie po latach

Facebook Comments
Podziel się

Jedno przemyślenie nt. „,, Koreańskie dzieci w Płakowicach”. Część III – Wspomnienia pielęgniarki Pani Ali

  1. Przepustek nie pamietam, ale pamietam portiernie i megafony z ktorych graly radzieckie piosenki i komunikaty.Biegalo tam mnóstwo tych koreańskich dzieci , mówiły dziwne slowa i do naszego wuja mówili Papo lub Papa.Wszystkie panie nazywały sie mama .To bylo dla nas bardzo dziwne.Dawaly nam w czasie wspolnej zabawy cukierki przyklejające sie do podniebienia.Za jedną cebule można było utargować pięć cukierków.Pamietam też jak w maju łapały chrabąszcze i oni je jedli urywając sknóżkiłka i nóżki.Pamiętam też że śpiewali piękne piosenki .Z bratem pamiętamy też panią Alę lekarkę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.