„Krótka historia pewnej Niemki z Radłówki”

Otóż w jednej z pod lwóweckich wsi Radłówka, zamieszkała rodzina pana M. (nazwisko do wiadomości autora)  W 1945 roku po przybyciu ze wschodu, dzielili oni mały dom wraz z jeszcze mieszkająca tam rodziną niemiecką. Mieszkało tam starsze małżeństwo niemieckie z córką i jej dwojgiem dzieci. Mąż owej młodej  Niemki zginął podobno na wojnie. Starsi Państwo według jakiejś listy jako pierwsi zostali wywiezieni z Radłówki w głąb dawnej upadłej Rzeszy Niemieckiej. Na gospodarstwie pozostał jedynie ich córka i dwoje dzieci którzy to  czekali na swą kolej do wywiezienia. Nowo przybyli  ze wschodu mieszkańcy wsi penetrowali pozostawione bezpańsko domy zabierając co rusz to wybrane potrzebne im sprzęty. W czasie jednej z takowych „eskapad” odwiedzili też dom samotnej Niemki. Zabrali to co uznali za stosowne oraz zgwałcili samotną wdowę grożąc zabiciem dzieci. Sytuacje te kilkakrotnie się powtarzały, do czasu jak w owym domu zamieszkał dziadek mojego rozmówcy. Pewnego dnia przyszło dwóch  znieczulonych już alkoholem nowo przybyłych ze wschodu mieszkańców wsi waląc do drzwi nawoływali Niemkę by wyszła przed dom i była dla nich miła bo jak nie to puszczą ją z dymem. Jakież było ich zdziwienie na widok rosłego mężczyzny wynurzającego się z za rogu stodoły . Słysząc niestosowne zachowanie podpitych adoratorów młodej niemieckiej wdowy  wychodzi dziadek mojego rozmówcy z karabinem w ręku i oznajmia im  stanowczo ale spokojnie : że od tej pory w tym domu na jego posesji żadnych gwałtów i zakłócania spokoju  nie będzie. Albo spokojnie sobie odejdą zachowując zdrowie i życie,  albo on jako wojskowy osadnik i zasłużony w boju żołnierz zrobi użytek z tego oto karabinu. Zdziwieni i zarazem poddenerwowani przybysze  nie tak łatwo chcieli dać za wygraną i czując niespożytą odwagę podyktowana kolejną wykonaną butelką zaczęli z agresja  jakieś „pertraktacje” w kwestii przekazania  lub ewentualnego „wypożyczenia im” Niemki w zamian za parę butelek lub coś innego. To tak rozzłościło dziadka mojego rozmówcy który raczej do spokojnych i małych gabarytów ludzi nie należał , że jednemu połamał szczękę kolbą karabinu , drugiego tak poturbował że ledwo żywy  opuścił o własnych siłach  jego podwórze . By już więcej nie przychodzili zagroził że poinformuje Radę Gromadzką  o całym zajściu  i poniosą konsekwencje. Od tego czasu żaden z żądnych przygód i atrakcji przybysz nie zawitał już nie zapowiedziany na podwórze do pana M. Niestety okrzyknięto go na wsi w gospodzie  „ obrońcą niemieckiej kurwy”, ale ani on, ani też  jego przyszła żona nie brali tego za coś negatywnego. Po paru miesiącach na podstawie listy wysiedleńców, owa Niemka musiała opuścić swe domostwo dzieląc je dotychczas wraz z rodziną pana M. W wyznaczony dzień została zawieziona wozem konnym  wraz z dziećmi do Płakowic do punktu zbornego przez dziadka mojego rozmówcy, tak by  nikt nic im  nie zrobił, nie okradł itd. Pozytywny aspekt tej historii pojawił się kilkadziesiąt lat później. Na początku lat 90 –tych przybyli jacyś Niemcy do wsi. Wśród nich była starsza pani z dorosłym już około pięćdziesięcioro paroletnim synem. Stała przed domem państwa M  i płakała pocieszana przez starszego mężczyznę. Jak się okazało w rozmowie była to właśnie uratowana wtedy młodziutka Niemka, która niegdyś mieszkał w tym domu. Były łzy wzruszenia,  wspomnienia, zdjęcia  i usilne poszukiwania kogoś kto zna niemiecki. Niestety pan M. dziadek mojego rozmówcy już nie żył. Była jednak jeszcze żyjąca jego żona która ową historię pamięta z ust zmarłego męża.

A język niemiecki na poziomie „ Kali kochać Kali lubić” , pamięta jeszcze z czasów młodości,  z czasów robót przymusowych w głębi dawnej Rzeszy.

Prze kilka kolejnych lat były kartki pocztowe , paczki ze słodyczami oraz drobne przysyłane upominki. Potem  z czasem kontakt jakoś się urwał ………..

10421459_800453190029748_4667364205635603666_nPrzemysław Popławski

 

 

zdjęcie poglądowe

Facebook Comments
Podziel się

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.