Chore sieroty koreańskie pod Lwówkiem Śląskim

Trzyletni konflikt na Półwyspie Koreańskim, mający na celu przejęcie władzy na tym obszarze, tymczasowo zakończył się rozejmem zawartym 27 lipca 1953 roku. W północnej części swą władzę utrwalili komuniści na czele z Kim Ir Senem, zaś z drugiej zwolennicy Republiki Korei. Polscy aparatczycy, podobnie jak przedstawiciele innych państw pod władzą Związku Radzieckiego musieli, jeszcze przed zakończeniem wojny, zacieśnić „międzynarodową przyjaźń” z Koreańską Partią Pracy. Ta ostatnia, widząc wyciągniętą dłoń, natychmiast skorzystała z okazji i poprosiła władze PZPR o przyjęcie dzieci koreańskich…

Pierwsze 200 dzieci przyjechało do Polski już w listopadzie 1951 roku, by zamieszkać w Państwowym Domu Dziecka w Gołotczyźnie koło Ciechanowa. Drugi, niemal tysiącosobowy transport azjatyckich sierot przyjechał do Warszawy dwoma składami pod koniec lipca 1953 roku. Brakowało tylko jednej sierotki, gdyż ta została zatrzymana jeszcze w Związku Radzieckim z powodu ciężkiego stanu zdrowia! Zarówno pierwszą 536-sobową, jak i kolejną 463-osobową grupę wysłano ze stolicy pociągiem daleko, bo aż na Dolny Śląsk. Trafiły do Państwowego Ośrodka Wychowawczego pod Lwówkiem Śląskim, powstałego w miejscu poniemieckiego kompleksu leczniczo-opiekuńczego, i gdzie po wojnie przez kilka lat opiekowano się sierotami z Grecji i Macedonii!

Sytuacja ilościowa stale ulegała zmianom, albowiem w kolejnych latach przybywały nowe transporty sierot wojennych, które wysyłano do kilku ośrodków wychowawczo-edukacyjnych w Polsce. Najliczniejsza grupa zawsze jednak była w d. Płakowicach. Warto zaznaczyć, że w początkowym okresie znajdowało się tutaj niemal dwa razy więcej chłopców od dziewczynek; z czego najmniej liczną grupę stanowili 7-latkowie, zaś najwięcej było dzieci w wieku od 9 do 15 roku życia.

Kompleks płakowicki tworzyło wówczas aż trzynaście budynków, w których zatrudniano niemal 600 pracowników! Oczywiście największą grupę stanowili wychowawcy i nauczyciele, jednak nie brakowało tutaj: sprzątaczek, kucharek, fryzjerów, pielęgniarek, higienistek, felczerów i lekarzy. Był również kilkunastoosobowy personel koreański, tj. opiekunowie, nauczyciele oraz wychowawcy… polityczni. Poza siedzibą dyrekcji, księgowością, magazynami odzieży i żywności, mieszkaniami dla pracowników, pralnią, szwalnią, szpitalem i ambulatorium, dla sierot znacznie ważniejszą rolę odgrywały internaty, stołówki oraz szkoła.

Osadzenie dzieci w dawnym ośrodku szpitalnym oraz zatrudnienie wielu osób związanych ze służbą zdrowia, nie było przypadkiem. Sieroty północnokoreańskie, zanim się zadomowiły, musiały przejść kwarantannę z powodu ogromnej ilości przypadków grzybicy; miało nią co piąte dziecko! Po kilkadziesiąt dzieci było chorych na: malarię, jaglicę, zapalenie spojówek, przywrę płucną, czy świnkę, a ponadto o dużej liczny podejrzewano gruźlicę.

Rodzi się pytanie: Czy którekolwiek z dzieci przyjechało do Płakowic w pełni zdrowe? Wszak wielu chorób zwyczajnie nie udało się ustalić z racji niskiego poziomu powojennej medycyny i ograniczonego dostępu do nowoczesnych urządzeń laboratoryjnych. Z zachowanych w polskich archiwach, raportów personelu medycznego – wynika, iż niemal każde z dzieci było nosicielem licznych pasożytów, często nieznanych dotychczas polskim lekarzom!

Ponadto bardzo dużo dzieci wciąż miało traumę związaną z przeżyciami wojennymi i stratą ukochanych rodziców. Niemałe znaczenie na zły stan psychiczny miało też rozstanie z Ojczyzną oraz bardzo duga i ciężka podróż. Nic dziwnego, że stan zdrowia dzieci po ich przyjeździe określono, jako bardzo zły.

Dopiero po zakończeniu leczenia młodzi Azjaci mogli rozpocząć naukę w szkole podstawowej. Z myślą o najmłodszych, na terenie płakowickiego ośrodka zorganizowano nawet przedszkole, do którego uczęszczało na przełomie 1953 i 1954 roku 74 koreańskich maluchów.

Na marginesie.  Skośnookie dzieci i młodzież przebywały w Płakowicach oraz w Świdrze, Bardzie Śląskim i w Szklarskiej Porębie do lata 1959 roku. O tym, za co „koreańskie urwisy” przepraszały w listach do swoich polskich opiekunów, o nienajlepszych relacjach między polskimi a koreańskimi wychowawcami oraz o donosach na dyrektora – opowiem w nowej książce, mającej podtytuł: „HISTORIA ZIEMI LWÓWECKIEJ W LATACH 1945-1989”. Pojawi się w sprzedaży już wiosną br.

 

Wasz historyk SZYMON WRZESIŃSKI – miłośnikom lokalnej historii polecam wyprawę do lwóweckiego Punktu Informacji Turystycznej bądź Placówki Historyczno-Muzealne w ratuszu, gdzie można kupić moje książki.

 

 

Facebook Comments
Podziel się

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.