Czy to, patriotyzm ? Kazimierz Fuławka

Opowieść wyróżniona II nagrodą w konkursie literackim nt. „Patriotyzm w Dziejach Mojej Rodziny”.

Dowiedziawszy się o tematyce tego konkursu, w pierwszym odruchu uznałem, że mnie to nie dotyczy, bo przecież nikt z rodziny nie zginął z bronią w ręku za Ojczyznę, nikt nie został rozstrzelany i nie siedział w obozie koncentracyjnym, jednakże po bliższym zastanowieniu się uzmysłowiłem sobie, że patriotyzm to nie tylko ofiara krwi, lecz także nieszowinistyczne miłowanie i przywiązanie do Ojczyzny i solidarność z własnym narodem. Taka postawa i więzi mogą mieć przecież różny obraz, wymiar i intensywność, zależne od osobowości , wychowania i różnych uwarunkowań. Może to być dom rodzinny, język, znajomość historii narodu, religia, czy determinujące nasze zachowanie wydarzenia polityczne. Tak więc, gdy się zastanowiłem uznałem, że i ja mogę opisać przejawy patriotyzmu, także w mojej rodzinie, a ściślej mówiąc w dwóch rodzinach, to jest mojej i mojej żony, złączonych poprzez nasze małżeństwo. Zacznę od rodziny Ejsmontów – moich teściów, pochodzących z Wileńszczyzny.

Teść – Wacław, jako 18 latek ochotniczo w 1920 r. wstąpił do wojska polskiego i brał czynny udział w wydarzeniach „Cudu nad Wisłą”, za co został odznaczony Krzyżem Walecznych. Do uczestniczenia w obronie niepodległości obligowały Go kultywowane w jego szlacheckiej rodzinie tradycje i jeszcze istniejąca pamięć o powstaniu styczniowym.

Był bardzo przywiązany do polskości i gdy zaraz po II wojnie światowej władza sowiecka ustalała mieszkańcom tych Ziem ich narodowość, zdecydowanie wybrał polską, chociaż wielu sąsiadów w oportunistycznym odruchu godziło się na białoruską. Gdy w 1957 r. nastąpiła II repatriacja, pomimo oporów żony, która pozostawiała tutaj swoje rodzeństwo i najstarszego syna Longina, zdecydowanie przesądził o wyjeździe, argumentując: „Że on swych dzieci na Kacapów chować nie będzie”. Gdy transport przekraczał graniczny Bug, demonstracyjnie na cały głos śpiewał nasz hymn narodowy i chociaż zastaną rzeczywistością szybko się rozczarował, to swojej decyzji o wyjeździe nigdy nie żałował, zawsze podkreślając, że Władysławowi Gomułce zawdzięcza, że mógł na zawsze Związek Radziecki opuścić.

Na Wschodzie pozostaje dotychczas znaczna część bardzo bliskiej rodziny mojej żony. Często ma więc miejsce wzajemne odwiedzanie się. Dla mnie wyjazdy tam, szczególnie te pierwsze były wielkim przeżyciem związanym z zetknięciem się z kresowym językiem czy kultywowaną obrzędowością i obyczajami. Wzruszało mnie zawsze Ich mówienie, że „Oni nigdy z Polski nie wyjechali, to Polska ich opuściła”. Z rozbawieniem obserwowałem w 1974 roku na zebraniu kołchozowym kłótnie zebranych. Kłócili się wszyscy ze wszystkimi, a czynili to … w języku polskim. Starał się ich uspokajać przewodniczący (Litwin) i czynił to też po polsku, a raczej w tym co ten język przypominało. Niestety procesy asymilacji robią swoje. Najbardziej dotyka to polską mowę i coraz mniej ludzi młodego pokolenia nią się posługuje. Sprzyja temu też… religia. Znika bowiem ze świątyń rzymsko-katolicka liturgia w polskim języku, zastępowana taką w języku litewskim czy białoruskim. Pocieszającym jest to, że w tradycji i pamięci pozostaje świadomość polskich korzeni. Bardzo często w rozmowach, podkreślane jest, jako fakt nobilitujący, polskie pochodzenie. Polskość taka objawiła się też w wydarzeniu, którego bohaterem był w czasach radzieckich kuzyn mojej żony Witek Górski. Nie rozmawiał już po polsku. Jako prymus ukończył szkołę średnią i chciał spełnić swoje wielkie marzenie – studiowanie w Wyższej Szkole Marynarki Wojennej. Niestety pomimo wielokrotnych prób otrzymywał decyzje odmowne. Po ostatniej, udał się wprost do przewodniczącego Komisji Egzaminacyjnej z pytaniem, czemu odmawia się mu przyjęcia. Przewodniczący kręcił, ale przez Witka naciskany w końcu oświadczył:

– Jak zmienisz w swoim pasporcie narodowość, zostaniesz przyjęty.

Na co usłyszał:

– Moj dieduszka – Palak, moj atciec – Palak i ja toże – Palak.

I trzaskając drzwiami wybiegł z budynku.

Czy więc takie zachowanie, to nie patriotyczne trwanie przy swojej narodowości?    [1]

Moja, część naszej podwójnej rodziny pochodzi z Podola, Ziemi, na której mieszkający tam Polacy, jak na żadnej innej szczególnie narażeni byli nie tylko na utratę mienia, ale i często i życia i tylko dlatego, że trwali przy polskiej narodowości. W czasach historycznych doznawali tego od Mongołów, Moskali, Turków, Kozaków czy Hajdamaków. W latach 40-tych XX w. doświadczani byli terrorem hitlerowskim, sowieckim i banderowskim. Szczególnie ten ostatni był niewiarygodny w swoim okrucieństwie. Dotknął on i nas. Mieszkaliśmy na wsi Dobrowody, w której w Wielki Piątek, 7 kwietnia 1944 r. oddział Ukraińskiej Dywizji SS Galizien spalił około 200 polskich zagród (dwie trzecie wszystkich), mordując 22 ich mieszkańców. Wcześniej skrytobójczo z rąk ukraińskich zamordowanych zostało w tej wsi 20 Polaków. Tak więc tylko z tego powodu, że byli polskiej narodowości życie straciły 42 osoby. Wiele z nich nosiło moje nazwisko.

Pomimo, że byłem małym chłopcem, pamiętam widok łun płonących za horyzontem wsi, chowanie się w lochu wykopanym przez ojca pod podłogą jednego z pokoi, ucieczkę w nocy na rękach mamy do sąsiedniej wsi, szukając tam schronienia u ukraińskiej rodziny. Może kiedyś to opiszę.

Wracając do pytania, czy moi najbliżsi byli polskimi patriotami, z całym przekonaniem twierdzę, że tak.

Ojciec – Jan Fuławka, 36 letni wówczas mężczyzna, gdy w lecie 1944r. zarządzono pobór do II Armii Wojska Polskiego, nie używając żadnych „forteli” (wielu to czyniło) w jej szeregi wstąpił. Forsował Nysę Łużycką i walczył w okrążeniu pod Dreznem. Szczęśliwie nie zginął, chociaż takiego szczęścia nie miało kilkadziesiąt tysięcy jego towarzyszy broni, spoczywających na zgorzeleckim cmentarzu. Ogromnie bolą mnie coraz częściej forsowane obecnie opinie o komunistycznym charakterze ich ofiary. Przecież Oni byli święcie przekonani, że walczą za wolną Ojczyznę, a droga ku temu wiedzie poprzez pokonanie hitlerowskich Niemiec. W przeważającej swej masie nic nie wiedzieli o alianckiej zdradzie w Jałcie. Ojciec uczestnicząc w walkach, jak każdy normalny człowiek w takiej sytuacji na pewno odczuwał strach przed utratą życia, który potęgowany był jeszcze dochodzącymi wieściami o banderowskich mordach na Podolu i związaną z tym obawą o nasz tam los.

Oczywistym jest, że na ukształtowanie postaw patriotycznych, ogromny wpływ ma dom rodzinny, a w nim panująca atmosfera oraz tradycje zachowań i obyczajów. Uważam, że w całości mogę odnieść to i do mego wychowania. To, że kocham moją Ojczyznę, jej język i historię, zawdzięczam moim bliskim, a w szczególności mojej mamie i babci.

Zacznę od języka. W naszym domu nigdy nie używano języka ukraińskiego, skutkowało to tym, że nigdy nie nauczyłem się w nim mówić (chociaż go rozumiem), co w na tych ziemiach i w tamtych czasach było czymś wyjątkowym. Ta moja ówczesna „językowa polskość” pozostaje w rodzinnej anegdocie, w takim oto obrazku, gdy idąc z mamą spotkaliśmy znajomą Ukrainkę, a ta chcąc dowiedzieć się mego imienia spytała się:

– Ty, chto ?

– Polak mały – odpowiedziałem cytatem ze znanego wierszyka, wzbudzając tym dużą wesołość pytającej.

Moja mama – Maria, pomimo braku wykształcenia (skończyła tylko czteroklasową szkołę podstawową) była osobą bardzo oczytaną, pasjonującą się i rozkochaną w historii Polski. Jako mały chłopiec słuchałem Jej licznych opowieści: o Wandzie co nie chciała Niemca, o Piaście Kołodzieju, o Bolesławie Chrobrym, który zdobył Kijów, o Kazimierzu Wielkim (stąd moje imię), o wielkich bitwach, a w nich o bitwie z Tatarami pod Lignicą (skąd mogłem wówczas wiedzieć, że w tej Lignicy będę kiedyś mieszkał i będę współorganizował uroczyste międzynarodowe obchody 750 – rocznicy tej Bitwy). Historią Polski, dzięki mamie zostałem oczarowany i zostało mi to na całe życie.

Nie do przecenienia w kształtowaniu mojej patriotycznej postawy był udział w tym mojej babci (mamy mamy) Genowefy Lignowskiej. Była niewyczerpaną skarbnicą polskich baśni, legend i przypowieści, których słuchałem z zachwytem, a które kształtowały moją wrażliwość i więź z polską narodowością. Wiele z nich pamiętam do dziś. Jedną z nich , nawiązującą do wspomnianych już podolskich tragedii, chciałbym w tym miejscu przytoczyć.

Działo się to gdzieś na Podolu w XVI wieku. W małym miasteczku wybudowano nowy kościół. Jego budowniczowie zwrócili się do Stolicy Apostolskiej o darowanie tej świątyni stosownej relikwii. Otrzymali zgodę wraz z prośbą, aby na uroczystości związane z przekazaniem relikwii przywieźli do Rzymu garść podolskiej ziemi. Dziwili się tej prośbie, ale życzenie spełnili. Na uroczystości Papież wziął tą garstkę, ścisnął ją w dłoni i z pod jego palców zaczęła sączyć się krew. Powiedział przy tym:

– Oto, wasza relikwia – ziemia, jak żadna inna w Waszej Ojczyźnie przesiąknięta przelaną polską krwią.

Legenda ta bardzo działała na moją wyobraźnię i jeszcze teraz mnie wzrusza.

Nasze trwanie na polskim Podolu skończyło się po II wojnie światowej i skutkowało wygnaniem z tych Ziem. Gehenna tego exodusu, pogardliwie nazywanego repatriacją to także odrębny temat do opowiedzenia.

Wygnanie spowodowało, że dla osób nim dotkniętych, drugą Ojczyzną stały się Nowe Ziemie, na które los ich rzucił. Moi rodzice starali się tę nową Ojczyznę w pełni zaakceptować. Pomimo niewątpliwej nostalgii za stronami rodzinnymi, nie chcąc jej potęgować, nigdy już po tym ich nie odwiedzili (ja uczyniłem to dopiero po 59 latach). Zawsze podkreślali polskość tego miejsca. Przejawiało się to zarówno w związku emocjonalnym, jak też w podejmowanych działaniach. Przytoczę tutaj dwa wydarzenia.

Pierwsze, związane jest z Wigilią 1945 r. a ściślej mówiąc z Pasterką. Uczestniczyliśmy w niej w kościele w Lwówku Śl. Zapamiętałem z niej niemieckiego księdza, czytającego z kartki kazanie po polsku, w taki sam sposób, jak wiele dziesięcioleci po tym czynił to papież Benedykt. Natomiast z relacji mojej mamy wyłania się obraz Jej wówczas wielkiego patriotycznego uniesienia, gdy usłyszała w tym kościele z setek gardeł wyśpiewane polskie kolędy i uzmysłowiła sobie, że w tej świątyni, mającej piastowski rodowód zabrzmiały one po raz pierwszy od wielu stuleci. Szczególnie poruszyły ją słowa wybrzmiałej kolędy Bóg się Rodzi, a szczególnie te, które zaczęła odnosić do naszej tutaj nowej rzeczywistości i wciąż niepewnego losu, wymagającego opieki Nowonarodzonego (… Podnieś rękę Boże Dziecię, błogosław Ojczyznę miłą(nową) – … wspieraj jej siłę swą siłą…). Jak mówiła, wszystko to razem powodowało że: „Skurcze dławiły gardło a po plecach chodziły ciarki”. Zawsze to opowiadając się wzruszała (Ja też).

Drugie zdarzenie związane jest z polonizacją Nowych Ziem i dotyczy mało już teraz znanej akcji stawiania „Krzyży Osadniczych” w podzięce za skończoną wojnę i tułaczkę wypędzonych, z prośbą o błogosławieństwo na drodze nowego osadniczego życia. Właśnie taki Krzyż w 1946 r. zbudował mój tato. Stoi dotychczas w Płakowicach, gdzie się osiedliliśmy. Pamiętam patriotyczną uroczystość związaną z jego poświęceniem. Była msza polowa, na której pomimo listopadowego chłodu zgromadziła się cała wieś. Z boku tej uroczystości przyglądali się pozostający jeszcze we wsi Niemcy. Ciekaw jestem, co sobie wówczas myśleli. Czy ze smutkiem o skutkach rozpętanej przez siebie wojny, czy też z rozrzewnieniem o swoich parteigach z niedalekiej przecież przeszłości.

Tę patriotyczną więź z nową ziemią ojczystą wielu z osadników odczuwało zarówno w okresie, gdy władza i propaganda twierdziły, że „tutaj każdy kamień mówi po polsku”, jak i później, gdy do ich świadomości docierać zaczęła prawda o niemieckim udziale w historii tych Ziem.

Kończąc, nie wiem, czy tymi wszystkimi moimi dywagacjami i wspomnieniami sprostałem wymogom konkursu, ale tak właśnie rozumiem patriotyzm. Uważam, że aby być patriotą nie tylko nie trzeba zawsze za Ojczyznę cierpieć i umierać , ale także, a może przede wszystkim należy dbać o Jej dobro w taki sposób, jak każdy potrafi. Zabrzmiało to jakoś pompatycznie, ale sądzę, że prawdziwie.

 

 Kazimierz Fuławka

[1] Do marynarki, tyle że handlowej się jednak dostał. Pływając tam szybko „wybrał wolność”. Mieszka wraz z rodziną w USA. Przebywając wśród tamtejszej Polonii, nauczył się mówić po polsku.

 

Prawa autorskie zastrzeżone.

Kazimierz Fuławka dla 194.182.69.201

zdjęcie – internet kresy24

Facebook Comments
Podziel się

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.